Niektórzy twierdzą, że nic nie dzieje się ot tak, przypadkowo. Ludzie, zwierzęta, idee, a może nawet rzeczy nie przychodzą do nas bez powodu. Poznanie kogoś bliżej to poszerzenie własnego świata, spojrzenie na życie nieco inaczej. Dlatego chcę o tym powiedzieć: poznałam ostatnio Annę Bilińską. To znaczy, wcześniej wiedziałam o jej istnieniu, znałam jej słynny „Autoportret” i kilka innych prac, ale to nie to samo co wyobrazić ją sobie, usłyszeć jej głos, pobyć z nią przez jakiś czas. Ten czas właśnie nastał i dlatego jest to dla mnie święto.
Dzieciństwo i pierwsze kroki w sztuce
Anna Bilińska urodziła się w Złotopolu na Ukrainie 8 grudnia 1854 roku. Była córką lekarza Jana Bilińskiego i Walerii z Gorzkowskich herbu Tarnawa. Pierwsze rysunki wykonała w Wiatce w latach 1869–1871. Jej nauczycielem został przyjaciel ojca, wybitny ilustrator włoskiego pochodzenia Michał Elwiro Andriolli. Po przeniesieniu
się do Warszawy przez dwa lata studiowała w konserwatorium muzycznym, ale bezwzględnie ciągnęło ją do sztuk plastycznych. Wcześnie zaczęła wystawiać, ponieważ już jako dwudziestodwulatka prezentowała swoją twórczość w siedzibie Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Instytucja zakupiła nawet jej pracę w 1881 roku – był to Malarz wędrowny, portret mężczyzny w średnim wieku w podartym ubraniu, ze sztalugą, teczką i tobołkiem. Sportretowała złamany życiorys człowieka, któremu za kromkę chleba służą: kompozycja, linie, barwy... W tym wizerunku wędrownego artysty, odzianego w łachmany, z całym dobytkiem na plecach, Anna zawarła gorzką refleksję o losie twórcy – o niepewności jutra, tułaczce i nieustannym zmaganiu się z materią sztuki. To był portret kondycji artysty, którego jedynym kapitałem jest wrażliwość, a jedynym domem – droga.

"Widok z okien konserwatorium (na Saską Kępę)”-Anna Bilińska, 1877 r.
Podróż Grand Tour: Monachium, Wiedeń, miłość i sztuka
Przełomowym momentem stał się wyjazd do Monachium wraz z najbliższą przyjaciółką Klementyną Krassowską. Panie odbyły wówczas podróż Grand Tour, były w Salzburgu, Wiedniu, a także zobaczyły północną część Włoch. Oczywiście w podróży Anna chłonęła pełną piersią sztukę; wiadomo, że zachwyciła się malarstwem Arnolda Böcklina. W monachijskich zbiorach, w tym w Starej Pinakotece oraz w Nowej Pinakotece, mogła zetknąć się z jego symbolicznymi kompozycjami, takimi jak Wyspa umarłych (pierwsza wersja powstała w 1880 roku) czy pejzaże z nimfami i mitologicznymi postaciami, w których natura stawała się nośnikiem metafizycznego niepokoju. Wyobrażam sobie, jak stała w monachijskiej Starej Pinakotece przed obrazami Rembrandta. W Wiedniu zakochała się w Wojciechu Grabowskim. Być może miejscem poznania była Café de l’Opéra, przy Opernring, gdzie – jak pisano w ówczesnych przewodnikach – bywali adwokaci i urzędnicy, ale i artyści szukający natchnienia przy kawiarnianym stoliku. Razem odwiedzali Albertinę, ale co najważniejsze – dzięki staraniom Grabowskiego i innego przyjaciela, Stanisława Lewandowskiego, udostępniono Annie pracownię w wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wojciech pochodził z podkrakowskiego Zwierzyńca i miał zamiłowanie do przyrody i folkloru wsi. Anna z Działyńskich Potocka, autorka Mojego pamiętnika, ziemianka i działaczka społeczna z Rymanowa – opisywała go w swoich dziennikach jako marzyciela, dumnego, ale też rozgoryczonego człowieka. Z tego czasu pochodzi szkic Anny Selene i Endymion, wykonany kredką, znajdujący się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Endymion – piękny, śpiący śmiertelnik – i księżycowa, niebiańska Selene. Endymion Wojciech i Anna Selene spotykają się w poświacie księżyca, towarzyszy im zapach konwalii, które zachowają ususzone w swoich prywatnych kajetach.

Portret Anny autorstwa Emmeline Deane, 1886 r.

Szkic „Selene i Endymion" - Anna Bilińska, 1882 r.
Następnym przystankiem jest Italia nad rzeką Brenta, potem Possagno, Borgo,
Padwa i czarodziejska Wenecja z jej szkołą kolorystów. Weneccy mistrzowie – Giovanni
Bellini, Giorgione, Tycjan, Paolo Veronese i Tintoretto – stworzyli nurt, w którym kolor i
światło stały się głównymi nośnikami emocji i narracji. Zamiast linearnej precyzji
rysunku, właściwej szkole florenckiej, kładli nacisk na bogactwo barw, ich głębię i
wzajemne przenikanie, na efekty świetlne i atmosferyczne. Ich obrazy – portrety, sceny
mitologiczne, wielkie kompozycje ołtarzowe – charakteryzowały się ciepłą, zmysłową
paletą, szerokimi płaszczyznami koloru i mistrzowskim operowaniem światłocieniem.
Anna odwiedziła Gallerie dell’Accademia. W czasie pobytu naszkicowała San Giorgio
Maggiore i Pałac Dożów.
Kraków, wuj i decyzja o Paryżu
We wrześniu 1882 roku dotarła do Krakowa, a przyjaciółka pojechała na Podole.
W krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych sekretarzem był brat jej matki, a zarazem prawa
ręka mistrza Jana Matejki. Wuj Gorzkowski odradzał siostrzenicy Paryż, uważał, że
miejscowa szkoła w zupełności wystarczy. Co ostatecznie skłoniło Annę do wyjazdu?
Ciasne horyzonty wuja czy jego niechęć do ojca? W każdym razie napisała w dzienniku:
„Tu nie ma co robić. Trzeba starać się koniecznie wyjechać do Paryża”. Kiedy pakowała
swoje kufry, pojawił się zalotnik, który był jak pokusa na pustyni dla św. Antoniego –
zamożny, sytuowany pan Lucyan. Ona jednak chciała być SAMA i ta SAMOŚĆ
predestynowała jej życie.
Paryż: Académie Julian i życie artystki
Już w listopadzie rozpoczęła studia w Académie Julian. To tu mieściła się
pracownia dla kobiet kierowana przez Rodolphe’a Juliana i Tony’ego Robert-Fleury’ego.
Szybko zyskała uznanie, ale nie przekładało się to jeszcze na sytuację finansową, która
była zła, a pogorszyła się jeszcze po śmierci ukochanego ojca, który pomagał Annie
zdobyć upragnione wykształcenie artystyczne. Znała Paryż z powieści Wiktora Hugo,
ale to już było inne miasto – metropolia po przebudowie Haussmanna, z szerokimi
arteriami i deptakami. Lubię wyobrażać sobie paryską ulicę tego czasu, ile tu jest do
oglądania! Co tam kapelusze i pióra – zbiory Luwru to jest rarytas. „Venus Milońska
(Wenus z Milo) – cudowna, inne Afrodyty wyglądają przy niej jak kucharki” – zapisała w
dzienniku.
Kłamstewko, które nas połączyło
Odtąd stałą trasą stała się rue Vivienne, gdzie znajdowała się szkoła. Panie
początkowo uczyły się razem z mężczyznami, ale pod presją obyczajowości Rodolphe
Julian podzielił pracownie. I tu pojawia się jej zmyślona data urodzin – 1857 rok – która
to data funkcjonuje czasami do dziś. To winne czy niewinne kłamstewko Anny Bilińskiej
doprowadziło ją do mnie, a może raczej mnie do niej. W poście, który opublikowałam w
internecie, pomyliłam datę zmyśloną z prawdziwą i zamiast wpisać 1854 rok, napisałam
1857. Autorka biografii Bilińskiej w związku z tym napisała do mnie, bym dokonała
właściwej korekty, co niezwłocznie uczyniłam. Tak w moje ręce trafiła „Sama. Opowieść
o Annie Bilińskiej” Małgorzaty Ziewieckiej.
Być może Anna miała pewien kompleks wieku, bo była już 28-latką; te trzy lata
mniej chyba lepiej wyglądały? Młodsza czy starsza – i tak zaczynała od kopiowania
gipsowych odlewów jak wszyscy. Pracowała osiem godzin w szkole i trzy w domu na
wieczornych kursach. Ambitna, zatracała się w pracy, myślała o nadchodzących
konkursach. „Trzeba patrzeć i pracować, więcej pracować!” – jak mówił jej profesor z
Warszawy, Wojciech Gerson. Kiedy miewała słabsze momenty, zwracała się w stronę
muzyki. Paryż lat 1882–1883 tętnił życiem koncertowym. W Théâtre du Châtelet
odbywały się słynne Concerts Colonne pod dyrekcją Édouarda Colonne’a – jeden z
programów z 26 marca 1882 roku obejmował m.in. uwerturę Ruy Blas Mendelssohna,
Scènes alsaciennes Masseneta oraz Csárdás macabre Liszta. W Cirque d’Hiver działały
Concerts Pasdeloup, a w Théâtre du Château-d’Eau – Concerts Lamoureux. Grano
Beethovena, Wagnera, Berlioza, Saint-Saënsa. Anna wspominała koncert Colonne’a w
Châtelet, Wagnera, Beethovena...
Chcesz dowiedzieć się więcej na temat Anny Bilińskiej? Niedługo kolejna część!
